Nie lubię czytać książek Waldemara Łysiaka, bo facet jest bezkrytycznie napalony na niejakiego Bonapartego Napoleona. Ale ostatnio przeczytałem jego książkę z 1978 r. pod tytułem "Cesarski poker". Książka musiała być wstrząsem trzydzieści lat temu, ale obecnie razi naiwnością kompozycji. Jak wiadomo Napoleon przegrał pod Moskwą i trzeba było zarządzić odwrót podczas mrozu, który dziesiątkował jego armię. Odwrót zakończyłby się sromotną klęską, gdyby nie Polacy i oddziały marszałka Neya - reszta wojska zachowywała się jak banda zdemoralizowanych rzezimieszków.
"(...) Jak stwierdzają wszystkie dosłownie źródła - w finale tylko gwardia i Polacy zachowali karabiny, i tylko i wyłącznie Polacy doprowadzili swoje działa do Warszawy!
Właśnie - Polacy. Gwardia służyła jako straż przyboczna Napoleona. Cesarz szedł pieszo w zielonej, sobolowej szubie, podpierając się kijem, otoczony przez gwardię niezłomną i niewzruszoną, od której żelaznych, plujących ogniem czworoboków odbijał się nieprzyjaciel. "W gwardii - pisał Coignet - oddawano broń i tornister tylko razem z życiem". Tak więc gwardia miała wyższe cele.
Do ochrony znękanego tłumu liniowego służyli Polacy - jedna z ostatnich kart Bonapartego w tej rozgrywce. Walczyć musieli z kozakami - mocarnym atutem Aleksandra - gdyż Kutuzow wolał zdawać się na morderczy mróz i rzadko nadwerężał regularne wojsko. Kozackie pułki Płatowa i innych atamanów uwijały się nieustannie wokół dantejskiej procesji, szarpiąc ją jak stado wilków.
Na ostatnim etapie potwornej odysei, podczas tego "marszu śmierci", jedyną tarczę oślepłej tłuszczy stanowili żołnierze Poniatowskiego. Męstwo ich nie zachwiało się w ciągu całej kampanii, nie rzucili też broni, gdyż nie musieli robić sobie miejsca dla złoto-srebrnych łupów pałacowych i cerkiewnych. Nie mieli ich, nie rabowali. Ich wódz, książę Poniatowski, jako jedyny łup z Moskwy wiózł ... książkę znalezioną na płonącej ulicy, podczas gdy wielu dowódców francuskich, na czele z grabieżcą Claparedem, żądało od swych żołnierzy rabunków i haraczu od każdej zdobytej kosztowności.
To oni, Polacy, wywlekli "boga wojny" z płonącego Kremla. Artylerzyści francuscy bledli, widząc jak snopy iskier sypią się na prochownię, lecz Korsykanin uparł się i nie chciał opuścić siedziby carów, bo to byłby symbol. Generał Krasiński padł przed nim na kolana i błagał, by uchodził, nim pas ognia odetnie ostatnią drogę odwrotu. W końcu Bonaparte wycofał się otoczony przez pięćdziesięciu polskich szwoleżerów, a w pewnym momencie sześciu z nich niemal położyło się na niego w płonącym przesmyku, gdzie ogień spalił wszystkie czapraki wierzchowców.
Wkrótce po wyjściu z Moskwy, pod wsią Horodnia, kozacy nagłym atakiem zaskoczyli świtę cesarską i tylko brawurowa szarża polskich szwoleżerów uchroniła monarchę od hańbiącej niewoli lub śmierci. Dwukrotnie w ten sam sposób uratowali Polacy Murata, który - ubrany jak zawsze w bajkowe stroje - uważany był przez kozaków za "francuskiego cara". W końcu już cała Wielka Armia wiedziała, że na kozaków, samym swym wyglądem, samą nazwą wzbudzających przerażenie (na okrzyk: "Les cosaques!" odzewem było "Sauve qui peut!") - jedynym biczem bożym są Polacy. Tego, co polskie, kozacy nie mieli prawa tknąć. Szwoleżerowie Jerzmanowskiego, utraciwszy w starciu z kozakami jedną rogatywkę, szarżowali kilkakrotnie, by ją odzyskać - i dopięli swego, wyrąbali ją z powrotem. Rogatywkę!
Nad rzeką Czerniczną kozacy, goniący Murata z okrzykiem: "Dziś już nam się nie wymkniesz, carze!", spostrzegli, ze "car Francuzów" schronił się do czworoboku 2 pułku piechoty nadwiślańskiej. Dalej gnali naprzód, ale coraz wolniej, aż raptem... Niech to opowie stojący w czworoboku kapitan Brandt ("Pamiętniki oficera polskiego"): "... widząc, że nie strzelamy, zwolnili i zatrzymali się w odległości 50 kroków. Nastała chwila ciszy, przerywana tylko parskaniem koni. Nagle rozległa się komenda i Rosjanie, zawróciwszy na prawo w tył, odjechali stępa. Nic podobnego nie zdarzyło mi się nigdy widzieć, chyba tylko na polu ćwiczeń w czasie pokoju". Czyż można się dziwić że wojacy wielu narodowości "Armii Europy" (a najchętniej Holendrzy) płacili ciężkie pieniądze za mundur lub choćby fragment polskiego munduru, po czym przebierali się wiedząc, że sam widok tych barw paraliżuje kozaków?
Elita kawalerii topniejącej Wielkiej Armii - polscy lekkokonni - była owczarkami uciekającej hordy galerników mrozu, strzegła zdychającego stada przed wilkami. Napoleon od czasu do czasu rzucał ciche:
- Polacy, idźcie popatrzeć.
I garstka Lechitów szła w bój jak do tańca, a kiedy zaczynała "patrzeć", kozacy rozsypywali się w panicznej ucieczce, ścieląc dziesiątkami trupów śnieżną pustynię.
(...)
(...) Ney nie mógł się obejść bez Polaków - oni byli jego oczami i rękami, a z Przebendowskim zawarł nawet cichą umowę, że gdyby groziła im niewola, jeden drugiemu palnie w łeb!
(...)
Przez następne dwa dni, na czele kilkuset Francuzów i trzystu szaserów Przebendowskiego, toczył Ney makabryczny bój z sześcioma tysiącami kozaków Płatowa. Wokół biły nieustannie rosyjskie działa głosząc triumfalną, niesłychaną wieść: wzięcie do niewoli francuskiego marszałka! Mając sześciokrotną przewagę liczebną, ataman Płatow wychodził ze skóry, by słowo stało się ciałem, lecz Ney odparł wszystkie ataki, przebił się dziesięć razy i z dziewięciuset ludźmi dopędził armię, w której uważano go już za straconego. Napoleonowi, zaszokowanemu tym wyczynem, wyrwał się okrzyk:
- Wolałbym stracić trzysta milionów franków z własnej szkatuły, niż Neya! To najwaleczniejszy z walecznych!" (str. 299-303)
29 lipiec 2006 r. - z książki "Dylematy historii" Pawła Wieczorkiewica, Marka Urbańskiego i Arkadiusza Ekierta dowiedziałem się, że książę Poniatowski zginął w nurtach Elstery od francuskiej kuli. Francuzi wzięli żołnierzy Poniatowskiego za Kozaków, ponieważ ich umundurowanie przypominało umundurowanie Kozaków.
______________________________________________________________________________________________________________
Możesz skorzystać z przycisków prowadzących do innych stron, zawierających inne dzieła: Efemerydy, Zbrodnia na torze łuczniczym i Gdańsk.
Zakres licencji zawiera strona do której prowadzi przycisk Licencje.
Jeżeli masz ochotę podzielić się uwagami na temat przeczytanego tekstu napisz na adres wmatlan@else.com.pl
_______________________________________________________________________________________________________________
Wszelkie prawa zastrzeżone, a w szczególności odtwarzanie, wystawianie, wykonywanie, reprodukcja, recytacja, adaptacja, przeróbka, aranżacja, przekaz, rozpowszechnianie, publikacja, wprowadzanie do obrotu, publiczne udostępnianie oraz korzystanie z wszystkich innych pól praw autorskich i pokrewnych
Zakazuje się usuwania lub zmiany jakichkolwiek informacji identyfikujących dzieło lub autora oraz informacji o warunkach eksploatacji dzieła