Data: 13 grudzień 2008 r.

Dział: Europa

Temat: V rozbiór 2

Rozwinięcie: V rozbiór Polski

 

            Przed zjazdem władz państw UE, który miał się zająć między innymi wymyślaniem w jaki sposób zmusić Irlandię do podpisania Traktatu Lizbońskiego, Hans-Gert Pottering - Przewodniczący Parlamentu Europejskiego (pierwszy Przewodniczący PE, który odważył się uczestniczyć w zjeździe ziomkostw niemieckich, pewnie dlatego został przez polskich profesorów idiotów nagrodzony doktoratami honoris causa Uniwersytetu Opolskiego oraz Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie) oraz Daniel Cohn-Bendit, kumpel Adama Michnika, przyjechali w odwiedziny do Prezydenta Czech Vaclava Klausa i zaczęli wywierać na niego presję i wrzeszczeć, że Klaus musi podpisać Traktak Lizboński. Kazali mu się tłumaczyć, w jaki sposób on zmusi czeski parlament do przyjęcia traktatu. Traktowali Prezydenta suwerennego kraju jak Hitler Hachę. Znacie ten przedwojenny wierszyk:

"Hitler Hachę

wziął pod pachę,

a Hacha z tej uciechy

oddał mu Czechy."

            Na szczęście Klaus to nie Hacha i mimo, że podlegał równie bezczelnemu naciskowi, nie ugiął się i pogonił adwersarzy, a potem ujawnił zapis tych chamskich odzywek politycznych. A przecież Hans-Gert Cohn-Bendit to jakby dwóch Niemców, Żyd i Francuz w jednym. Niestety konspekt rozmowy nie mówi, czy politycy zachodni zażądali zwrotu Sudetów, czy jeszcze nie! W każdym razie zdarzenie przypomina 1938 r. i naciski na Czechosłowację, żeby poddała się Niemcom.

            W tym samym czasie Fiutusk spotykał się w Warszawie z Merkelową. Jak widać poniżej spotkanie przebiegało w uroczej atmosferze.

            Nie wykluczone, że Angela dogadała się z Donaldem w sprawie rozbioru Czech i już wkrótce wkraczamy na Zaolzie, jak w 1939 r.

            Agorowskie, a więc michnikowskie "Metro", nie wspomina o zdarzeniu w Pradze, natomiast ustami dziennikarza o nazwisku Krzemiński pisze jak poniżej:

            Nóż w kieszeni się otwiera! Oczywiście po to, aby obrać jabłko z łupin! W darmowej, wciskanej ludziom do rąk na dworcach, gazecie, niejaki Krzemiński uprawia nachalną indoktrynację. Przyjmuje punkt widzenia Niemców w sprawie "wypędzonych", lekceważy gazociąg na dnie Bałtyku i kadzi Szkopom "to nasz najpotężniejszy partner". Będzie się smażył w piekle, w kręgu dla kłamców. Z Niemcami coraz lepiej, za to z naiwnymi i łatwowiernymi Polakami coraz gorzej.

            Na szczęście nie wszyscy Polacy są pomiotami po Ponińskim. Waldemar Łysiak w książce Mitologia świata bez klamek w taki sposób pisze o jednym z poprzednich szczytów unijnych:

            "Anielska kanclerzyna, Frau Merkelowa, ta miła pani, starsza, a dziewczęca wprost "gemutlichkeit", zaproponowała - gdy delegaci polscy opuścili salę obrad chwilowo - by wykluczyć Polskę ze szczytu. Vulgo: "raus!" - wyrzucić won. Do ekspulsji Kaczorów wszakże nie doszło. Sprzeciw Litwinów, których wsparli Czesi i Portugalczycy, utrącił ten humanitarny projekt, lansowany przez słodką Madchen, kartograficzną sąsiadkę Polski. Ale mleko (skażone bakteriami pseudodobrosąsiedztwa) mocno się wtedy rozlało..." (str. 147)

            Jak to dobrze, że jest ktoś, kto potrafi nazwać prawdę po imieniu. A oto następna prawda:

            "Polscy Niemcy mają u nas wszelkie prawa oraz przywileje wyborcze, kulturowe i językowe, gdy liczna Polonia niemiecka nie ma tam praw żadnych (nie wolno jej wystawiać kandydatów do Bundestagu) - ba, nie jest nawet uznawana za "mniejszość narodową", czyli za podmiot prawa międzynarodowego! Niemieckie sądy wzbraniają dzieciom z polsko-niemieckich małżeństw mówić po polsku, a niemieckie firmy, także działające w Polsce (exemplum Arvato Service) dyskryminują pracowników używających polskiego języka, co już nawet nie jest rytualnym szwabskim draństwem , to coś więcej, imponujący germański tupet, bo żeby na terenie Polski zakazywać personelowi polskiemu używania języka ojczystego, trzeba bezczelności klasy "Sieg heil!"." (str. 150)

            Jeszcze więcej celnej prawdy:

            "Szwabska buta polityczno-historyczna ma wiele twarzy, od nazewnictwa zaczynając (nie dość, że łakomie adorują Danzig jako swoją własność, chwilowo pod okupacją Polaków, to jeszcze wybudowaną przez Polaków w dwudziestoleciu międzywojennym Gdynię zwą Gdingen, żeby i ona czuła się częścią dziedzictwa germańskiego). Nie próbują nawet zachowywać pozorów - "Der Spiegel" ogłasza (2008) kalendarium trwającej prawie pół wieku zmagań Europy Środkowej z komunizmem, całkowicie usuwając wkład polski (ani słowa o partyzantce antykomunistycznej, o Poznaniu 1956, o Trójmieście 1970, o radomiu 1976, i nawet o "Solidarności" lat 1980-1989 - nul!). Trudne do uwierzenia, ale to fakt - Polacy nie maczali palców w antykomunistycznym oporze. A przeciw hitlerowcom walczył głównie naród niemiecki ("niemiecki antyhitlerowski ruch oporu"), mający pułkownika Stauffenberga jako Wilelma Tella alias Robin Hooda. Przypomina się "Kara Mustafa, wielki wódz Krzyżaków"." (str. 151)

            A na dodatek:

            "(..._ dwie bardzo nieostrożne wypowiedzi kanclerza Schrodera na zjazdach ziomkostw i wypędzonych: "- Bądźcie cierpliwi, ja wam zwrócę wschodnie landy. Zaufajcie mojej metodzie!"; "- Siedźcie cicho, póki Polska nie wejdzie do Unii, potem sama wpadnie nam w łapy"). (str. 312)

            I winni zaniedbań traktatowych:

            "Chodzi zwłaszcza o traktatowy grzech pierworodny z 1991 roku. Premier Jan Krzysztof Bielecki (pupil Salonu) i kanclerz Helmut Kohl podpisali wówczas "Traktat o dobrym sąsiedztwie", zawierający passus pisemny ministra Genschera (niemiecki MSZ) - passus niezakwestionowany przez ministra Skubiszewskiego (!) - iż sprawy majątkowo-roszczeniowe zostają wyłączone i będą uregulowane w czasie przyszłym. Wtedy właśnie był niepodważalny moment słabości Niemców - można było od nich uzyskać wszystko, m.in. ich traktatową (parafowaną, sygnowaną, pieczętowaną) rezygnację z wszelkich roszczeń. Ale nasza zgniła, salonowa dyplomacja (udecja) zlekceważyła wówczas tę kwestię newralgiczną dla wzajemnych stosunków, przyklepując (po ramieniu) słowne obiecanki cacanki pt. uregulujemy w przyszłości. Kiedyś." (str. 154)

            I jeszcze trochę:

            "(...) istnieje Fundacja Polsko-Niemieckie Pojednanie. Jej szefa, prof. Mariusza Muszyńskiego, rząd Tuska odwołał ze stanowiska, bo ten chciał zaoszczędzone 6 milionów euro przeznaczyć dla ofiar hitleryzmu, a nie na badania naukowców niemieckich." (str. 155)

            O Cohn-Bendit-cie (???) Łysiak pisze co następuje:

            "Wśród przywódców paryskiego "Maja '68" Daniel Cohn-Bendit (angielska ksywa: "Czerwony Danny", francuska "Czerwony Dany") wyrósł na figurę nr 1. Został ikoną europejskiej radykalnej lewicy. Tudzież ikoną anarchistów (należał do kilku ugrupowań anarchistycznych). Tudzież ikoną marihuanistów. Tudzież - o czym wie mało kto - ikoną pedofilów. W latach 70-tych XX wieku pracował w przedszkolu państwowym i tak to wspominał później:

            - Mój ciągły flirt z dziećmi szybko przybrał charakter erotyczny. Dzieci rozpinały mi rozporek, by głaskać...

            I tak dalej, i tym podobnie. Wywalono go za "perwersję i lubieżność"." (str. 192)

(2 styczeń 2009 r. - Niemcy, przy pomocy polskich zdrajców i idiotów kontynuują skutecznie politykę Fryderyka II polegającą na zjadaniu Polski listek po listku:

            "Chciałbym wam powiedzieć - zwracał się Fryderyk do swoich sukcesorów - to, co król Sardynii, Wiktor Amadeusz powtarzał Karolowi Emanuelowi: "Mój synu, trzeba zjeść Lombardię jak karczoch, listek po listku". Polska jest królestwem elekcyjnym; po śmierci królów jest zawsze wstrząsana przez frakcje. Trzeba z tego korzystać i zyskiwać dzięki swej neutralności to jakieś miasto, to jakiś powiat, aż całość będzie zjedzona [...]. Uważam, iż dokonując pokojowego podboju Prus będzie rzeczą konieczną zachować Gdańsk na ostatni kąsek, nabytek ten spowoduje bowiem wiele krzyku ze strony Polaków, którzy spławiają przez Gdańsk całe swoje zboże i słusznie będą się obawiać uzależnienia od Prus przez nałożone cła." (za Emanuel Roztworowski "Związek między trzeba datami 1740 - 1762 - 1772" w "Mówią Wieki antologia tekstów 1958-2007")

3 styczeń 2009 r. - Zakaz używania języka polskiego wprowadzany był w niemieckich firmach w Polsce przed II Wojną Światową, kiedy pewność siebie Niemców wzrosła na skutek buty Hitlera i powszechnego strachu narodów Europy przed tym zbrodniarzem.

            "Zakłady przemysłowe i majątki obszarnicze, będące własnością Niemców, stosują natychmiastowe zwolnienie z pracy polskich robotników za... używanie języka polskiego." (str. 142  "V Kolumna" Julitta Mikulska-Bernaś i Franciszek Bernaś)

___________________________________________________________________________________________________________

Możesz skorzystać z przycisków prowadzących do innych stron, zawierających inne dzieła: Efemerydy, Zbrodnia na torze łuczniczym i Gdańsk.

Zakres licencji zawiera strona do której prowadzi przycisk Licencje.

Jeżeli masz ochotę podzielić się uwagami na temat przeczytanego tekstu napisz na adres wmatlan@else.com.pl

_______________________________________________________________________________________________________________

Wszelkie prawa zastrzeżone, a w szczególności odtwarzanie, wystawianie, wykonywanie, reprodukcja, recytacja, adaptacja, przeróbka, aranżacja, przekaz, rozpowszechnianie, publikacja, wprowadzanie do obrotu, publiczne udostępnianie oraz korzystanie z wszystkich innych pól praw autorskich i pokrewnych

Zakazuje się usuwania lub zmiany jakichkolwiek informacji identyfikujących dzieło lub autora oraz informacji o warunkach eksploatacji dzieła

***** strona domowa Waldemara Matlana *****